Ło mamo co tu się dziś działo. Zabrałem się w końcu za postawienie komputera który ma wylądowac w pracy. W końcu po dwóch miesiącach ciągłego "zaraz, juz prawie, niedługo" kiedyś się musiałem zabrać.
Wziąłem starego /mickey'a wywaliłem z niego karte graficzną (wystarczy ta co jest na płycie), firewire i podmieniłem sieciowke moją na tą co była w "starym firmowym komputerze ™", bo prędzej przyda mi się stara 3COM 100Mbps niż jeszce starsza noname 10Mbps. Wsadziłem hardziela i flopa ze "starego firmowego ™" i odpaliłem.
Powitał mnie Windows 95 ™ który pokapowawszy się, że nie jest już mieszkańcem Pentium 70 stwierdził, że się zaktualizuje ... i się popsuł. To żeby nie było, że ja psuję windowsy ... on sam i tyle ;-)
Za chwilę się zacznie ... ;-) Zciągnąłem
Install CD i jarnąłem komputer. Z początku szło normalnie, aż doszło do pobierania tarballa. Pobierał się, pobierał i ... komp się wyłączył.
WTF?! Jeszce raz, to samo ...
Komp pracuje normalnie, targa sobie plik via links i nagle ... wietraki staja, komp wyłączony i mruga dioda "Power". Jaja nie z tej ziemi. Pobrałem pliki innym kompem i przekopiowalem po sieci poszlo, ale dotarlem tylko do momentu:
# emerge --sync
w połowie którego komp się wyłączył.
memtest86 ... pół godziny (lub lepiej) i nic ... zero błędów. Podmieniłem sieciówkę ze "starego firmowego ™" na tę moją 3com ... komp się wyłącza. Wyłączyłem w Bios wszystko co znalazłem od usypiania systemu ... komp sie wyłącza.
Przy n'tej próbie poszedł ... i działa tylko ... qfaaa on tam ma działać, całymi dniami ... a nie, w zależności od ciśnienia atmosferycznego ... jak dla mnie x-files ... Mam nadzieję, że on się tak jednorazowo mścił za to, że nie był włączany tych kilka tygodni i teraz już zadowolony z siebie (w końcu pokazał kto rządzi ;-) ) będzie pracował bez kłopotów przynajmniej kilka lat... CZego jemu i sobie życzę ;-)