Czasami nie trzeba się dużo nagadać...
<.*> No ale chodzi generalnie o to, żeby kompilowało się pod odpiętym screenem bo szybciej tak?Tak mnie jakoś rozmowa rozbawiła, może się zatrudnię gdzieś jako helpdek skoro tak łatwo mi idzie? Eeee nie, nie ma takich pieniędzy :D
<wariat> tak
<.*> No to jeśli pod screenem dam "su -" odpalę emerge, odepne screena to mam to samo
<.*> Ale jak pozamykam wszystko to później, żeby tam wrócić tylko "screen -r" i już jestem na miejscu, mniej pisania jedno hasło mniej
<wariat> No właśnie
<.*> Ano tak. sorry :/
Zdarzyło się ostatnio tak, że zadzwoniła do mnie koleżanka Mamy chwaląc się
problemem pod tytułem wirusy jedzą mi komputer
. Cóż było robić, zapakowałem Coyota w plecak i poszliśmy na spacer. Na miejscu już od początku było wiadomo, że będzie wesoło...
- Jaki jest klucz do sieci bezprzewodowej?
- Co jakie jest?!
- ok zobaczymy ... jakie jest hasło do routera?
- hasło?!
Kliku, kliku ... no tak admin/admin jak miło, że nie musimy marnować czasu na włamywanie się do sieci :D
Po wklepaniu klucza Network Manager załapał od razu, jak ja go lubię :D co pociągnęło za sobą z kolei dyskusję ...
- A ty masz jakiegoś antywirusa?I to teoretycznie byłby dobry moment, aby ewangelizować w kierunku zmiany OS, ale byłoby to bezcelowe raczej, i przyniosło więcej szkód niż pożytku. Skupiłem się więc na obarczeniu całą odpowiedzialnością
- Nie
- To nie boisz się, że ci się komputer zawirusuje?
- Nie, bo wirusy są na windowsy, a ja nie mam :)
- Nie rozumiem
niebieskiego ei samego Worda, no bo kto mi zabroni ;-).
ofiarybył zainstalowany (przez jakiegoś znajomego) program antywirusowy. Zainstalowany kilka dni wcześniej już po wykryciu problemu, tylko tych wirusów było ooooo tyle, a program za każdym razem mówił, że usunięcie może spowodować popsucie pliku. No a pliki były ważne ... najważniejsze wręcz.
Jak bezpiecznie pozbyć się wirusów z kilkuset plików z dokumentami Worda?
Moje Dokumenty ale bez wirusów
Ponieważ miałem do otwarcia i zapisania ponad 5000 plików to klikanie było trochę bez sensu ... znaczy jakiś czas klikałem, aż wku^W zmęczenie przyniosło myśl, że komputery są od tego, żeby nudne rzeczy działały automagicznie
:
$ for i in *.doc; do echo "$i"; abiword --to=doc "$i"; done
co ma w założeniu, otworzyć po kolei dokumenty z plików *.doc i zapisać je w formacie doc, czyli w tych samych plikach.
Ale dzieje się coś dziwnego...
$ ls -l
razem 61
-rw-r--r-- 1 wariat wariat 8744 maj 10 15:18 Dokument - bashem go.doc
-rw-r--r-- 1 wariat wariat 9368 maj 10 15:16 Dokument - Save.doc
-rw-r--r-- 1 wariat wariat 21504 maj 10 14:54 Dokument.doc
Dokument.doc
to zaświrusowany oryginał. Dokument - Save.doc
to dokument oryginalny otwarty AbiWordem i zapisany (^S) pod tą samą nazwą. Dokument - bashem go.doc
to wynik odpalenia AbiWorda z parametrem --to=doc.
Być może powinienem użyć innej opcji paramatru --to dla abiworda, tylko ... no włąśnie jakiej? Za helpem:
-t, --to=FORMAT Target format of the file (abw, zabw, rtf, txt, utf8, html, latex)"doc" zadziałało jakoś tam, ale jakie są inne możliwości? Chętnie się dowiem. Tak czy siak MSWord plik otwiera, choć twierdzi (pewnie nie bez racji), że to plik RTF i trzeba kliknąć OK żeby poszło dalej, ale jak wspomniałem docelowo pliki będą otwierane przez OOo, więc pobawię się nimi tylko jeśli i ten będzie się buntował.
Przy okazji po raz kolejny zacząłem się zastanawiać nad ODF jako takim, które oczywiście jest ważne i powinno być stosowane wszędzie. Ale ... co z makrami? Przecież te tak czy siak nie będą przenośne (bo co edytor to inny język skryptów). Ok zgoda, w rozprowadzanych, że tak powiem anonimowo na zewnątrz dokumentach makra to coś wysoce nie pożądanego. Dokument ma być dokumentem. Ale jednak ... jeden ktoś zmontuje sobie arkusz w gnumeric'u, oskryptuje w Pythonie i co dalej? Ani OOo i OOBasic, ani Excel i VisualBasic(?)... coś mi się wydaje, że ten problem jest wysoce nierozwiązywalny... Tylko to już inna bajka.
Od kiedy pamiętam była taka rzecz która komputerom szła raczej powoli ... tak chodzi o pisanie po ekranie/konsoli. Było tak w moim 8 bitowym Atari 800XL, miały to moje wszystkie 16 i 32bitowe Atari, miał to grzyb
pod DOSem i piec
pod windą. Ma tę przypadłość wreszcie komputer z linuksami.
I tak niewiele da się zrobić, poza jednym. Nie trzeba pisać jak nie ma zamiaru się czytać, czyli mergujmy pod screenem...
Mam Gentoo i wszystko sobie komplikuj^W kompiluję. Po konsoli zapierdziela output przy którym Matrix screensaver to pryszcz, ja wpatruję się w monitor i udaję, że rozumiem, laski za moimi plecami ściągają majtki przez głowę... zaraz zaraz, przecież ja tu jestem sam, nikt kurka nie widzi, to po co?!
Mergowanie pod screenem ma wiele zalet: W odpiętym screenie, żaden burak nie wciśnie nam ^C w złym momencie, czy jak kto woli nie straszne nam omyłkowe zamknięcie nie tego okna z terminalem. Ale przede wszystkim pod screenem jest szybciej, bo nie spowalnia procesu kompilowania pisanie po ekranie
.
Mały eksperyment, polegał na wykonaniu tajemniczej operacji:
# time emerge -1 gedit
dwa razy pod rząd (teraz to mam ale dokładnie skompilowanego gedit'a ;-) na dwa sposoby. Sposób pierwszy to kompilowanie na konsoli ot tak po prostu dało w efekcie:
real 3m23.831s
user 2m54.395s
sys 1m55.055s
A sposób drugi to dokładnie to samo, ale na odpiętym (detached) screenie. i w efekcie dał:
real 2m44.168s
user 3m0.619s
sys 1m7.312s
Powyższe oczywiście potwierdza też genlop(no bo to prawda jest to co ma nie potwierdzać ;-) )
# genlop -t gedit
* app-editors/gedit
Mon Apr 30 15:16:10 2007 >>> app-editors/gedit-2.16.2-r1
merge time: 3 minutes and 20 seconds.
Mon Apr 30 15:24:55 2007 >>> app-editors/gedit-2.16.2-r1
merge time: 2 minutes and 41 seconds.
jeśli 3'20" to 100% czasu to skompilowanie takiego bzdetu jak gedit dało zysk w wysokości 20% ... warto? IMO tak. I oczywiście wiem, że ameryki nie odkrywam ... przed tymi którzy są sprawy świadomi, ale jest wielu takich co się nad tym nie zastanawiali, a podobny zysk mamy szanse otrzymać i w innych procesach gdzie spamowanie ekranu nic nam nie daje jeśli wszystko działa jak powinno czyli ... tylko spowalnia całość.
Raz na jakiś czas spotykam się z tym, że ludzkość ma problemy kadrowaniem zdjęcia do założonego wcześniej rozmiaru w pikselach. Jeśli jest się w pełni świadomym z czym się je rozdzielczość obrazu i jego wymiary przedstawione na różne sposoby to się wiele rzeczy po prostu rozumie, jeśli jednak ma się o rozmiarach obrazka pojęcie, że tak powiem popularne to może być różnie.
Kiedy potrzebna jest nam umiejętność wykadrowania rozmiaru fotki do konkretnych wymiarów w pikselach? Na myśl pierwsze przychodzą przypadki kadrowania fotki do zamieszczenia na stronie internetowej i w celu wydrukowania (naświetlenia jej) na papierze w laboratorium foto. Aby spróbować lepiej wyjaśnić kilka zawiłości problemu, zajmijmy się tym drugim przypadkiem.
Rozprawmy się na początek z rozdzielczością. Każden jeden zakład foto będzie wciskał kit, że zdjęcia muszą być przygotowane w rozdzielczości 300dpi i rozmiarze ileś na ileś tam centymetrów, plus zapas zwykle 2mm w każdą stronę (co na swój sposób jest prawdą, ale nie oznacza, że cyferki nie mogą kłamać). No i się zaczyna kombinowanie i intensywne wykorzystywanie historii zmian w GIMP'ie, bo tak wychodzi za mało, tak znów za dużo, kto napisał ten progrem i takie tam. Poza tym zaczynają się jazdy, bo trafiamy w chaos zaokrągleń co jest ostatnim gwoździem do trumny i czasami bezpośrednią przyczyną zgody na obraz jaki jest bo już dość
.
Po pierwsze fakty. Naświetlarka w fotolabie ustawione ma to 300dpi na sztywno (każda z jaką się spotkałem, co oczywiście nie oznacza, że każda we wszechświecie) i nawet nie próbuje przeczytać informacji zapisanej w EXIF jpeg'a. Idąc dalej, nikt nie wymaga, aby jpeg w ogóle EXIF zawierał, a co za tym idzie rozmiar w centymetrach i rozdzielczość pliku podawane są tylko informacyjnie i mają ułatwić, choć w rzeczywistości często utrudniają sprawę. I last but not least, do sprawdzenia pliku fotolaby używają Photoshopa (czemu trudno się dziwić), który czyta nie te informacje z EXIF co trzeba i później marudzą, że plik nie dobry, oraz robią duże oczy jak się powie, proszę nic nie robić i naświetlić zobaczymy co będzie
, i muszą wrócić z dobrą odbitką i uszami spuszczonymi po sobie.
Do dzieła. Mamy zdjęcie o wymiarach 3504 x 2336 pikseli prosto z aparatu lub po jakiejś tam obróbce. Wybieramy format odbitki, niech to będzie 15 x 20. Na stronie fotolabu znajdziemy informację (charakterystyczną dla danego laboratorium, czy może raczej minilabu), że format 15 x 20 ma rzeczywiste wymiary: 15,2 x 20,3 cm. Dodajemy do tego po 2mm na wysokości i szerokości zdjęcia co daje wymiar: 15,4 x 20,5cm.
Przeliczmy te wymiary na cale, czyli podzielmy przez 2,54 co da nam wymiary: 6,06 x 8,07 cala. Wynik chcemy w pikselach, więc otrzymane wymiary mnożymy przez rozdzielczość (300 dpi) i otrzymujemy wymiar: 1819 x 2422 pikseli. A ponieważ można założyć, że skoro mamy zdjęcia cyfrowe i mamy zamiar je obrobić w GIMPie to prawdopodobnie dysponujemy komputerem. No to dlaczego nie zmontować sobie arkusza kalkulacyjnego który tę robotę wykona za nas? ;-) Formaty zdjęć do FotoLabu
Czas odpalić GIMPa i otworzyć w nim fotkę.

Gdybyśmy chcieli po prostu wyciąć z niej prostokąt o wymiarach 1819 x 2422 pikseli oczywiście użylibyśmy narzędzia kadrowanie [Shift-C] i nie czytalibyśmy do tego instrukcji obsługi, prawda?
Docelowy plik ma mieć wymiary jak wyżej, ale fotka w środku
ma być wynikiem interpolacji interesującego nas fragmentu obrazu. Wybieramy więc narzędzie zaznaczenie prostokątne [R], w opcjach narzędzia ustawiamy Stałe proporcje i wymiar 2422 x 1819 pikseli. Teraz zaznaczamy zupełnie dowolny fragment obrazu.
Czas na autentyczne kadrowanie. Wybieramy narzędzie Skalowanie warstwy lub zaznaczenia [Shitf-T] i przełączamy w tryb skalowania zaznaczenia, a ograniczenia ustawiamy na Stałe proporcje. Warto też ustawić sobie ilość linii siatki na 2 co spowoduje podział fotki na 6 równych części i uwidoczni tak zwane mocne punkty.
Powiększamy zaznaczenie ciągnąc w jego wnętrzu w dowolnym kierunku i ustawiamy docelowy rozmiar zdjęcia, jednocześnie możemy zaznaczenie przesuwać za pomocą punktu na środku zaznaczenia. W ten sposób mamy pełną kontrolę nad tym co docelowo znajdzie się na fotce.
Trzeba jednak pamiętać, że jeżeli wycinany obszar będzie znacząco mniejszy niż docelowy (2422 x 1819) zdjęcie będziemy musieli interpolować w górę co wpływ na jakość miewa różną
, szczególnie jeśli obiekt o który chodzi nie jest do końca ostry bo kierowca wdepnął był gaz do dechy po wyjściu na krótką prostą ;-).

Po przeskalowaniu zaznaczenia oceniamy raz jeszcze efekt oglądając już tylko ramkę zaznaczenia i albo poprawiamy, albo kadrujemy fotę [Menu: Obraz/Kadruj]. W efekcie powstał obraz o wymiarach 2691 x 2020 pikseli.
Czas interpolować fotkę. Tu już bez niespodzianek, wybieramy opcję skalowania zdjęcia [Menu: Obraz/Skaluj obraz...] i podajemy wymiary wynikowe: 2422 x 1819. Często jak w tym wypadku zdarza się, że zaokrąglenia i inne cudactwa powodują, że nie do końca pasuje i gdzieś musi być albo piksel za mało, albo piksel za dużo. Wpisujemy więc albo 2422 w szerokość i jeśli wysokość zostanie obliczona jako 1818 to dla świętego spokoju (bo nie z jakiś ważnych powodów przecież to 1/300 cala czyli 0,08 milimetra) podajemy wysokość 1819 piksela co w wyniku daje 2423 piksele szerokości (W przypadku zdjęć na strony internetowe gdzie wymagamy konkretnych wymiarów w pikselach można zdjęcie jeszcze raz przykadorwać tym razem za opmocą narzędzia kadrowanie [Shift-C] i uciąć tę nadmiarową linię pikseli). Ustawiamy też rozdzielczość 300dpi, co nie ma żadnego znaczenia, ale inaczej będą się czepiać w fotolabie.
Zostało nam tylko plik zapisać. Trzeba tylko pamiętać, żeby w opcjach zapisu jpeg'a wyłączyć zapisywanie EXIF bo się ten FotoLabowy Photoshop zbuntuje, o czym za chwilę.
To czy EXIF jest czy go nie ma i jakie zawiera dane nie ma jak wspomniałem, żadnego znaczenia. Dlaczego? Ano dlatego, że stała (na sztywno ustawiona w naświetlarce) jest rozdzielczość zdjęcia 300dpi. Jeśli więc nasz plik ma prawidłowe wymiary w pikselach to nie ma siły aby się powiększył lub pomniejszył, bez względu na to jaka rozdzielczość ustawiona jest w pliku. 1819 pikseli w 300 dpi to zawsze jest 6,06 cala, co dalej jest zawsze równe 15,40 cm i co by nie wymyślić zdjęcie wyjdzie takie jakie ma. Trzeba po prostu zrozumieć (a w przypadku pracownika fotoLabu wiedzieć), że rozdzielczość pliku, jego rozmiar w pikselach i rozmiar w centymetrach to trzy dane z których każde dwie dają w wyniku trzecią.
Niestety jeśli zostawimy oryginalny EXIF w fotce to photoshop zobaczy to:
$ exiftool IMG_5679a.JPG | grep -i resol
X Resolution : 72
Y Resolution : 72
Resolution Unit : inches
pomimo że:
$ jpeginfo -ilc IMG_5679a.JPG
3504 x 2336 24bit Exif Normal Huffman,300dpi 3475887 IMG_5679a.JPG [OK]
Ponieważ problem dotyczy tylko rozdzielczości teoretycznie pracownik fotolabu po prostu zmieni ją, nie wprowadzając do fotki żadnych modyfikacji, bo to tylko zmiana informacji o rozdzielczości a nie resamplowanie fotki, ale ... może on się (ten pracownik) nie zna jeszcze bardziej niż podejrzewamy? Jeśli nie zapiszemy informacji o EXIF z GIMP'a to wszystko jest tak jak spodziewa się tego użytkownik Photoshopa:
$ exiftool IMG_5679a-cropped.JPG | grep -i resolResolution Unit : inches
X Resolution : 300
Y Resolution : 300
$ jpeginfo -ilc IMG_5679a-cropped.JPG
2423 x 1819 24bit Exif Normal Huffman,300dpi 2224411 IMG_5679a-cropped.JPG [OK]
i problemów na polu rozdzielczości i niewiedzy być nie powinno.
Na koniec jeszcze. Co zrobić jeśli ten nieszczęsny exif tam jednak jest, a my przygotowaliśmy już 1337 fotek do naświetlenia? Otwierać wszystkie sztuka po sztuce w GIMPie i zapisywać od nowa? Eeeee nie po to komputery wymyślili :D
$ exiftool -all= --jfif:all *.JPG
3 image files updated
i po robocie ;-)
P.S. Tak, gdyby narzędzie kadrowanie w GIMPie posiadało możliwość przeskalowania zdjęcia byłoby szybciej, wygodniej i dawało większe możliwości (np. wycięcie fotki większej niż oryginał). Ale nie posiada ani wersja 2.2, ani nie jest to AFAIK na razie planowane na wersję 2.4 więc trzeba się bawić tym co się ma i nie marudzić, bo tekstu dużo ale proces łatwy.
Jasnym jest dla każdego chyba, że software powinno się aktualizować możliwie najszybciej po ukazaniu się kolejnej stabilnej (oznaczonej jako stabilna) wersji programu, bo zwykle jest lepszy, pojawiają się nowe możliwości, znika część niedociągnięć i błędów poprzednich wersji, etc. Wg. mnie to powinno się aktualizować
zamienić należy na koniecznie trzeba
jeśli mówimy o oprogramowaniu spełniającym przynajmniej warunek free as in free beer
, a jeśli się celowo olewa taki wypadek, to nie należy się dziwić, że się cierpi.
Ale o co chodzi?! Jak nie wiadomo o co chodzi, to oczywiście chodzi o ... Internet Explorer, i w tym wypadku o to, że mamy do dyspozycji od jakiegoś czasu jego siódmą wersję, która doskonała to może nie, ale na pewno jest lepsza od przedpotopowej i zarazem poprzedniej wersji MSIE-6.0. Ktoś się nie zgadza?
No to do sedna, skoro ustaliliśmy, że darmowe oprogramowanie należy aktualizować, to spokojnie można w pewnym sensie przestać przejmować się problemami wersji poprzednich. Jedną z nich jest znany problem z 24-ro bitowymi plikami PNG z przyciemnionym kanałem alpha, czyli potocznie z przejrzystymi PNG
, których Internet Explorer starszy niż 7.0 nie trawi.
Jest na to hack z filtrami, ale mało wygodny w stosowaniu, jest wreszcie, skrypt dodający tenże hack na żywo ( Normal display of PNG Alpha Transparency with MSIE (en) ) tylko tym co tego wymagają, wygodniejszy niż ręczne hackowanie
kodu, ale nadal bez rewelacji, choć ... jest ważny bo stał się podstawą pomysłu.
No bo skoro IE-7.0 problemów z 24ro bitowym PNG nie ma, co stoi na przeszkodzie, aby wszystkim innym użytkownikom IE podmienić PNG na gify i niech mają? Że brzydsze? No brzydsze, chcesz ładniejsze upgraduj soft... najlepiej od razu do Mozilla Firefox 2.0 ;-).
Poza tym pamiętajmy, że podmieniając PNG na GIF nie ograniczamy dostępu do strony użytkownikom którzy nie aktualizowali IE. Nie zabraniamy im dostępu do treści, nie wyłączamy nawigacji. Po prostu wysyłamy im takie obrazki, aby ich przeglądarka pokazała stronę możliwie przyzwoicie (a nie wypełnioną kremowymi prostokątami) na miarę swoich <sic> możliwości.
Skrypt powstał na bazie wspomnianego wyżej ReplacePngTags.php tyle, że jest znacznie prostszy bo mniej musi robić, aby cel osiągnąć. Aby użyć należy:
<?php
ob_start();
?>
a na końcu:
<?php
include_once 'replacePNGwithGIF.php';
echo replacePNGwithGIF(ob_get_clean());
?>
Na koniec sam (mocno powiedziane) skrypt
replacePNGwithGIF:
<?php
function replacePNGwithGIF( $content ) {
$msie =
'/msie\s(5\.[05]|6\.0).*(win)/i';
if ( !isset ( $_SERVER['HTTP_USER_AGENT'] ) ||
!preg_match ( $msie,$_SERVER['HTTP_USER_AGENT'] ) ||
preg_match ( '/opera/i',$_SERVER['HTTP_USER_AGENT'] )
)
return $content;
$pattern =
'/<img[^>]*src\s*=\s*[\"\']\s*([^>]*-transparent\.png)[^>]*>/i';
preg_match_all($pattern, $content, $images);
for( $num_images = 0; $num_images < count( $images[0] ); $num_images++ ) {
$original = $images[0][$num_images];
$replace_with = str_replace('-transparent.png','-transparent.gif',$original);
$content = str_replace($original,$replace_with,$content);
}
return $content;
}
?>
Że niedoskonały, że w niektórych wypadkach działa nie do końca tak jak ma? Się poprawi, to powyżej to wersja 0.1pre-alpha-test-3 przecież ;-).
Poniższa treść adresowana jest do własnej grupy zewangelizowanych
użyszkodników głównie, aczkolwiek jest tak ogólny jak tylko umiałem.
Jeśli ktoś spełnia warunki minimum:
Sytuacja jest o tyle trudna, że nie ma jeszcze oficjalnego wydania psi 0.11, bojąc się więc, że mi wyemigrujecie z powrotem do PaduPadu TM, przedstawiam krótką instrukcję aktualizacji.
Teraz tak, skoro przebrnęliśmy przez aktualizację i działa to pełen sukces! Po pierwsze wielka aktualizacja już nie straszna poza tym zyskaliśmy nowe funkcjonalności. Sam się jeszcze dużo nie bawiłem, ale:
Więcej informacji o Psi:
Powodzenia!invisiblePsi wyświetli puste okienko, ni to prośba o autoryzację, ni to wiadomość.
wariat: CześćinvisibleHint: w jabberze nie istnieje presence invisible ... wiem, że jest w kliencie ale to zaszlość historyczna juz nie obsługiwana... wiec zaprzestań bo to nic nie daje :D
Maciejka: szto ty gawarisz?
wariat: ze ustawiasz sobie niewidoczny w kliencie a system tego nie obsluguje i efekt jest taki ze zamiast sieukryćwysylasz mi za kazdym polaczeniem informacje ze jestes bo mi popup wyskakuje ze przyszlocos dziwnego.
Maciejka: to co jest tylko dostepny i rozłaczony?
wariat: i wszystkie pomiedzy, nie maniewidoczny
wariat: ukrywanie sie przed znajomymi robi sie w inny sposob, a przed nie znajomymi jest sie ukrytym permanentnie
wariat: nikt kto nie dostal osobiscire od Ciebie Twojej autoryzacji nie jest w stanie zobaczyc czy jestes online choc moze do Ciebie pisac oczywiscie
Maciejka: mam ten niewidoczny bo jak cos grzebie to ciągle sie pojawiam i znikam a to wkurza :)
wariat: tak wkurza bardziej bo za kazdym arzem wyskakuje w Psi okienko z powodunieznany rodzaj statusui trzeba kliknac zamknij :D
Maciejka: no to nie włączac wogóle?
wariat: ustaw dostepny, albo nie przeszkadzac ... wtedy to bedzie mniej inwazyjne, a jak chcesz przed kims zniknac to mu zabierasz autoryzacje i on juz Cie nie widzi.
wariat: o tak
Maciejka: no nawet autoryacje cofneło
Maciejka: ale juz jest
wariat: Nie cofnęło, tylko ja cofnąłem.
wariat: no dobrze jeszcze raz ... masz dwa wyjscia
5 razy resetowac kompa i za kazdym razem ustawic pozniej niewidoczny co spowoduje wywalenie okienka u mnie na przyklad
5 razy restartowac kompa ustawiajac dowolny inny status np. nie przeszkadzac co spowoduje u mnie zmiane statusu bez koniecznosci klikania w cokolwiek
w obydwu przypadkach bede wiedzial kiedy jestes a kiedy Cie nie ma, ale jak ustawiaszniewidocznyto zmuszasz mnie do zamknięcia okienka z informacją, że udajesz, że Cię nie ma, czyli jesteś mniej ukryty niż gdybyś miałChętny do rozmowy:D
wariat: drugi sposob na ukrywanie sie przed wybranymi osobami to provacy lists, niestety Psi nie posiada w interface obslugi tego, wiec jest to temat bardziej skomplikowany, ale się przygotuję i pogadamy pózniej o tym
*** Maciejka ma status Dostępny
kupionyna stałe, więc warto :)